Patrzę na zdjęcia gliwickiego Rynku lat 60. Ruch kołowy, ba – rondo w takim miejscu! – jakże zmieniło się dziś patrzenie na obecność samochodów w Śródmieściu! Choć wtedy ponoć nie jeździły tak często. Warszawy, IFA czy wartburgi pojawiały się ledwie co kwadrans.


Gliwice lata 60.
Patrzę na szare kamienice i wcale nie większą ilość zieleni niż dzisiaj i – choć zdjęcia zachwycają mnie swoim duchem, doceniam miasto, które oglądam dzisiaj.
Poszukałam w sieci informacji o życiu mieszkańców regionu w latach 60. Nie zdziwiło mnie, że mało kto miał wtedy pralkę, telefon czy telewizor. Jak podają roczniki statystyczne, na 10 tys. mieszkańców przypadało niespełna 212 odbiorników. Na regałach stały Wisły i Belwedery, a w nich jeden, kilkugodzinny program.

"Frania" – superpralka z ręczną wyżymaczką była marzeniem wszystkich rodzin. Miało ją jednak niewielu. Na 10 tys. mieszkańców szczęściem jej posiadania pochwalić się mogło niecałe 300 osób. Jakże trudno mi wyobrazić sobie życie bez automatycznego prania.

Dzisiejsze udogodnienia wymagają jednak sporo wody i prądu. W 1962 r. potrzebne nam było zaledwie 115,1 hm3. wody, dziś jest to 140,7 hm3. Dużo więcej potrzebujemy również gazu – w latach 60. gospodarstwo domowe zużywało 189,6 hm3., dziś jest to 2,5 razy więcej.
Niestety, nie wszystkiego przybyło. W porównaniu do lat 60. mniej jest osób odwiedzających muzea, choć liczba samych przybytków kultury pięciokrotnie wzrosła. Zmalała natomiast liczba kin – ze 173 na Śląsku do 55. Odwiedza je czterokrotnie mniej kinomanów niż przed 50. laty.
Czy dziś jest lepiej? Dlaczego z sentymentem patrzę na zdjęcia nieco obcego, choć tak znajomego miasta? Coś w tym jest, że wszędzie się wydaje dobrze, gdzie nas nie ma. Zawsze lepiej – w innym miejscu, w innym ciele, w innym czasie...

Rynek 1967


Rynek lata 60.
Zdjęcia ze zbioru pp. B. i R. Matusiewiczów za zgodą i dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Gliwickie Metamorfozy.
Adriana Urgacz-Kuźniak
Komentarze
Zostaw komentarz