Gdy byłam młodsza, stałam w kolejce w Fadomce przy ul. Pszczyńskiej. Moja mama, filigranowa i nadal sama wyglądająca jak dziecko, nosiła wtedy pod sercem moją siostrę. W pierwszych miesiącach nie chwaliła się tym w kolejce i nie oczekiwała względów. Gdy jednak ciąża była już widoczna, bez słów nawet należało jej się pierwszeństwo w zakupach.

Nie ma przesady w tym, co pokazują filmy Barei. Komitety kolejkowe były na porządku dziennym, a pilnowanie swojego miejsca w ogonku urastało to rangi sprawy życia i śmierci. Gdy więc moja kochana mama pojawiła się w sklepie z widocznym wybrzuszeniem pod płaszczem, jej młoda buzia i niewielki wzrost, mimo skończonych 27 lat, wywołały w starszych paniach sporą konsternację. Jedna z odważniejszych i gorzej wychowanych klientek mięsnego nie zdzierżyła napięcia i wybuchła na cały sklep stertą wyzwisk, z których do moich dziecięcych uszu dotarło zwłaszcza to, że moja mama jest „smarkulą (uwaga: eufemizm), która udaje ciążę, żeby dostać towar poza kolejnością”.
Byłam dzieckiem, ale zawrzało we mnie poczucie niesprawiedliwości. Nauczona szacunku do starszych jak pacierza i tabliczki mnożenia, nie wytrzymałam. „Proszę nie krzyczeć na moją mamę. Ona mi urodzi Gosię” – wyrzuciłam z siebie z płaczem. Reszta kolejki wzruszona moją reakcją zganiła niegrzeczną kobietę, a mama – skromna i nieśmiała młoda kobieta – z wypiekami na twarzy dokonała zakupów i czym prędzej opuściła to niewdzięczne miejsce.
To nie jedyny przypadek uzyskania przez nas forów w kolejce po mięso. Drugi był dla mnie jeszcze mniej przyjemny. Tym razem byłam już nieco starsza, mieszkaliśmy wtedy na Zubrzyckiego, i w tamtejszym sklepie po szkole zajęłam kolejkę. Była ze mną babcia Bronia, jednak ze względu na fakt, że na jedną osobę przypadała określona ilość mięsa, musiałam stać z nią, żeby móc kupić jedzenia dla dwóch naszych domów.

Niemal czuję mdlący zapach, który unosił się w sklepie. Z nosem przy ladzie starałam się nie myśleć o tym, jak bardzo jest mi niedobrze. Czułam na sobie ciężar odpowiedzialności za poważne zadanie zaopatrzenia rodziny w mięso. Wodziłam palcem po ladzie chłodniczej, kłótnie w kolejce słysząc ledwie gdzieś w tle. Nagle ktoś mocno mnie spoliczkował, ktoś zaczął mną trząść, a wzrok mój spoczął na kilkunastu parach wiszących nade mną oczu. Wyrwałam się wściekła, próbując oponować. I wtedy zobaczyłam bladą jak śmierć babcię. Posadziła mnie na krześle, a ekspedientka pakowała do torby niezliczoną ilość najlepszych kawałków mięsa.
Dowiedziałam się, że zemdlałam.
To były udane zakupy.

Pamiętam też, jak kilka razy, bawiąc się na podwórku, kątem oka zauważałam formujący się ni stąd ni zowąd pod sklepem ogonek. Stawałam w kolejce, nie pytając nawet, „za czym” ona jest. Biegnąc pod oknem, które wychodziło na sklep, darłam się „maaaamuuuuusiuuu”. Chwilę później mama zbiegała po schodach i stawała ze mną pod sklepem. Najczęściej tak z nienacka „rzucali” kawę. Zdarzał się cukier i czekolada – innych produktów nie pamiętam.
Tę kolejkową przeszłość w Gliwicach wspominałam niedawno z kolegą. On zapamiętał mamy podszczypujące swoje pociechy, by płaczem „załatwiały” zakupy poza kolejnością.

Jeszcze jeden sklepowy obrazek zapadł mi w pamięci – wiszący w widocznym miejscu zeszyt skarg i wniosków. Bardzo chciałam być na tyle dorosła, żeby móc napisać w nim kilka swoich uwag.
Gdy nastały „nowe czasy” pewna byłam, że nigdy już nie usłyszę „pani tu nie stała”. A jednak… Odzwyczajeni od ogonkowego porządku, bardziej zaganiani niż kiedykolwiek, nerwowo reagujemy na konieczność czekania na swoją kolej. Na szczęście w wielu miejscach ten społeczny problem rozwiązują za nas maszyny. Ściskając w ręku wypluty przez nie numerek, nie patrzymy wilkiem na każdego, kto kręci się koło kolejki. Bo, jak mawiają, każdy powinien znać swoje miejsce w szeregu…
To drugi odcinek z cyklu „Gliwice na kartki”. Będą w nim publikowane obrazki - te sentymentalne i te historyczne, dotyczące Gliwic z okresu PRL. Ja byłam wtedy naiwnym dzieckiem, więc do współpracy zaprosiłam lokalnych miłośników historii ze Stowarzyszenia Gliwickie Metamorfozy, a także zapraszam wszystkich naszych Czytelników. Swoje opowieści można wysyłać na adres au@hydeparknews.pl. Opublikowane zostaną na specjalnie powstałym z tej okazji blogu, na Tubie Gliwic. Fanpage bloga znaleźć można na stronie: www.facebook.com/Gliwicenakartki.
Adriana Urgacz-Kuźniak
Fot. Gliwickie Metamorfozy
Komentarze
Zostaw komentarz