Kabaret „Długi” zawsze lubił celebrować rocznice. Nawet wtedy, z okazji emisji 500 odcinka Parafonii, który okazał się być ostatnim, jaki puściła Trójka. Dziś przyczynkiem do rozmowy z Piotrem Skuchą i Jackiem Łapotem jest fakt, że minęło 40 lat od czasu, gdy zaczęli sobie z nas żartować. Ciekawiśmy, z czego śmieją się dzisiaj.
Miłe Długiego początki
Piotr i Jacek poznali się w liceum w Dąbrowie Górniczej, natenczas imienia dziś zdekomunizowanego Aleksandra Zawadzkiego, obecnie – Łukasiewicza. Był rok 1971 – WSZYSCY słuchali Trójki i nagrywali z jej audycji muzykę Deep Purple, Led Zeppelin czy Black Sabbath. Każdy chciał być gitarzystą solowym i podrywać na ten fakt dziewczyny, ale okazało się, że z założeniem zespołu jest taki problem, że nie ma sprzętu. Ścianą nie do przejścia był brak dobrego wzmacniacza, bo to, że panowie nie umieli grać, było dla nich zdecydowanie mniej ważne. Przedsiębiorczy licealiści postanowili zatem zarobić nieco grosza, organizując szkolne imprezy.
– Żeby zadać szyku w liceum zapuściliśmy włosy i robiliśmy dyskoteki na bazie nagranej z Trójki muzyki – zaczyna opowieść Łapot. – Dyskoteki nie do końca podobały się ówczesnemu dyrektorowi. Wyraził na nie zgodę pod warunkiem, że poprzedzimy je jakimś występem artystycznym.
– Tak było – potwierdza Skucha. – Dyrektor liceum, Jan Kyzioł zgodził się, z zastrzeżeniem, że przed gibaniem się musi być część artystyczna. Dla nas było jasne, że nie będziemy przed dyskoteką robić wieczoru poetyckiego – choć zapewne on tak właśnie to sobie wyobrażał. Postanowiliśmy zaproponować coś, co będzie śmieszne.
Pierwszy ich „kabarecik” to były wygłupy i slapstickowe skecze, do których inspirację znajdowali w popularnych radiowych i telewizyjnych programach tamtego okresu. Tam królował wtedy humor uniwersalny. Nie było żartów politycznych – wszak cenzura działała.
– Oprócz płyt nagrywałem ITR – Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy. Pojawiali się w nim Jacek Janczarski, Jonasz Kofta, czy Maciej Zembaty – wyjaśnia Łapot. – Jedną z pierwszych piosenek, które zaśpiewałem, było „W prosektorium” Maćka Zembatego, z jego kabaretu Dreszczowisko. Ale w rzeczywistości te półgodzinne występy były tylko po to, żeby przenieść się na salę gimnastyczną oświetloną żarówkami czerwoną i niebieską. Tam leciała już taśmoteka, a w jej przerwach tlił się papierosek w toalecie.
Kabaret się spodobał i zaczął dawać spektakle poza szkołą.
- Ale i w szkole, podczas apeli związanych z różnorakimi uroczystościami, pokazywaliśmy ze 2-3 skecze - precyzuje Skucha. - Dużo improwizowaliśmy i szło nam to na tyle dobrze, że klasy, w których były planowane kartkówki, odpytywania lub inne ciężkie dolegliwości, przychodziły prosić nas, abyśmy przedłużali nasz występ, co nam się zazwyczaj udawało. W końcu jednak nauczyciele się zorientowali. Pamiętam, jak polonistka, pani Wójcik, oglądała nasz występ z zegarkiem w ręku. W pewnej chwili energicznie wstała z okrzykiem: Czwarta be za mną! I wyszła zabierając ze sobą potulnych maturzystów.
- Byliśmy młodzieńczo niepoważni. W 1974 roku podczas naszych występów w ramach jubileuszu kopernikańskiego, polonistka zagadnęła nas o nazwę naszego kabaretu. A my wymyśliliśmy najgłupszą, jaka nam przyszła do głowy - S N CH W i G WIARUS. W słowie “wiarus” było przekreślone a i należało to czytać tak: “wiarus, przepraszam, wirus”. Oczywiście, rozwinięcie skrótu było naszą tajemnicą.
Niezbyt długie rozstanie
Skończyło się liceum, do lamusa odszedł też WIARUS (przepraszam, wirus). Jacek Łapot, zawsze doceniany przez polonistkę, wyruszył do Sosnowca na filologię. Piotrek Skucha wybrał Gliwice i tutejszy Wydział Architektury.
- Myślałem wtedy, że scena była jedynie przygodą, okazało się jednak, że to architektura nią była - ocenia po latach. - Oczywiście, zrobiłem dyplom, ale projektowałem jedynie dla znajomych lub dla siebie. Nie mam uprawnień budowlanych. Nawet nie próbowałem ich zdobyć.
Być może dlatego, że od zawsze interesowała go muzyka i kabaret. Skucha do dziś pisze felietony do rocznika “Piosenka” wydawanego przez Polskie Muzeum Piosenki w Opolu. Pełni także rolę jurora w kilku konkursach muzycznych i kabaretowych.
- Już na pierwszym roku studiów, właśnie ze względu na muzykę, zacząłem się interesować radiem studenckim. W gliwickim radiu Centrum prowadziłem audycje, rok później zostałem tam redaktorem muzycznym - ciągnie opowieść. - Wtedy popularne były międzywydziałowe turnieje. Pod moim kierownictwem drużyna Wydziału Architektury znalazła się w finale. Przegraliśmy tylko jednym punktem z “Chemią”. Załatwili nas błyskawicznym serwisem - dodaje.
W tym czasie odbywały się też turnieje “Jednej Cegły”, które miały zająć czymś ludzi na SPR-ach, czyli studenckich praktykach robotniczych, które się wtedy odbywały. Organizowane były zawody sportowe i artystyczne wśród studentów, którzy mieszkali przez miesiąc praktyk w akademikach. Skucha pracował wtedy w Gliwicach przy budowie hotelu asystenckiego Solaris, Łapot - budował rondo w okolicach dzisiejszej Średnicówki na trasie na Nowy Bytom.
- Piotrek został takim “normalnym” studentem - mówi Łapot. - A ja się ożeniłem i wkrótce zostałem ojcem. Cały czas bywałem jednak w Dąbrowie Górniczej, w tamtejszym pięknym socjalistycznym domu kultury. Tam, w śmierdzącej piwnicy mieściły się przez całe lata teatr i kabaret FORUM, którego założycielem był Michał Staśkiewicz. Robili tak zwane Barbórkowe Spotkania Teatralne. Przyjeżdżały tam różne teatry offowe. Bardzo mi się to podobało.
Na dłużej razem
Nadeszły lata 1977 i 1978.
- Postanowiłem zrobić audycję rozrywkową w studenckim Radiu Centrum Politechniki Śląskiej - przypomina sobie Skucha. - Zaprosiłem do tego Jacka, który był na filologii i dobrze pisał. W Trójce był konkurs na audycję rozrywkową. Wysłaliśmy nasz materiał, na który zareagowali bardzo żywo, ale powiedzieli, że nie mogą tego puścić, bo to był konkurs skierowany jedynie do rozgłośni radiowych polskiego radia. Cóż, przynajmniej zapunktowaliśmy. Puścili nawet jedną z naszych piosenek w “Sześćdziesiątce”.
Na III roku Piotr Skucha był już zastępcą redaktora naczelnego do spraw programowych w Radiu Centrum. Jeździł na festiwale, robił wywiady z wykonawcami - studia zeszły na dalszy plan.
Długo oczekiwany przełom
- W 1977 jeszcze było w porządku, ale w 1978 wiedziałem już, że się nie wyrobię ze studiami. Wziąłem dziekankę. Dziekan zgodził się rozłożyć mi rok na dwa lata. Problemem było to, że na III roku było studium wojskowe, które musiałem zaliczyć w pierwszym podejściu. Rok później założyliśmy kabaret i sytuacja się powtórzyła - przyznaje Skucha.
- Nasza kabaretowa praca poszła do przodu, gdy znaleźliśmy pianistę - mówi Łapot. - Wtedy już nazywaliśmy się “Długi”. Nazwę tę wymyślił Piotrek. Była dwuznaczna. To były czasy, kiedy każde słowo, które się wypowiadało w kabarecie musiało być co najmniej dwuznaczne. Nie waliło się prosto z mostu tak, jak obecnie. A dlaczego “Długi”? Obaj mieliśmy prawie 4 metry wzrostu, ale jednocześnie w 1979 roku Wolna Europa ujawniła, że długi ekipy Gierka wynosiły już 27 miliardów - wspomina Łapot.
Nazwa już była. A potem Skucha przeczytał w prasie o tym, że w Katowicach będzie się odbywał Ogólnopolski Przegląd Klubowych Teatrów i Kabaretów.
- Mieliśmy wtedy około czterech - pięciu piosenek, ale głównie teksty. Wymagane było, żeby mieć 45-minutowy program. Wysłaliśmy zgłoszenie - opowiada Łapot.
Przed premierą, która miała miejsce w gliwickiej Kropce, w ramach kwalifikacji do przeglądu, kabaret “Długi” ocenić miał Jurek Malitowski z teatru STG działającego przy Kino Teatrze X.
-Tłumaczyliśmy mu, że dużo improwizujemy, że nie wiemy co będzie w naszym programie, bo to zależy, jak ludzie zareagują - mówi Skucha. - Jak się później okazało, takie argumenty do niego nie trafiały, bo to był człowiek, który każdy spektakl miał wyreżyserowany co do gestu. Był perfekcjonistą. Co miał pomyśleć, widząc dwóch facetów, którzy machając rękami opowiadają o tym, co będą robić? Jurek zadzwonił do realizatorów Przeglądu i powiedział, że ten kabaret “Długi” to jakaś kompletna kicha, że nie jesteśmy przygotowani.
Jacek i Piotrek o tym telefonie nic wtedy nie wiedzieli.
- W pierwszy dzień przeglądu zgłosiliśmy się do Katowic - relacjonuje Łapot. - Przedstawiamy się mówiąc:
- Kabaret “Długi”.
- Jaki kabaret? - słyszymy w odpowiedzi.
- “Długi” - powtarzamy z niewzruszoną miną.
- Nie pytamy o długość programu, tylko o nazwę kabaretu - denerwuje się nasz rozmówca.
- Kabaret “Długi”. Łapot i Skucha - rzucamy niemal jednym tchem.
- Ale was na liście nie ma. Pewnie się nie dostaliście - słyszymy w odpowiedzi.
- Dostałem piany - przyznaje Piotrek Skucha. – Jacek próbował mnie uciszyć, ale nie dawałem za wygraną. Pokazałem im, że nasz kabaret jest na plakacie, a oni upierali się, że wystąpimy, ale poza konkurencją.
Na te słowa nadszedł Józef Szewczyk, katowicki cenzor, który najlepiej znał teksty wszystkich kabaretów, bo jako jedyny je czytał od deski do deski.
- Powiedział im na ucho - o czym dowiedzieliśmy się później, że “Długi” ma najlepsze teksty i zrobią błąd, jeśli nas nie wpuszczą - mówi Łapot. - Ja już postanowiłem się upić. Wyjechałem z domu na przegląd na 3 dni, a tu się okazuje, że muszę wrócić z niczym - dodaje.
Jurorzy wymienili spojrzenia i postanowili dopuścić “Długiego”, ale dopiero po wszystkich występach, na koniec.
- Było już grubo po północy, gdy weszliśmy na scenę po kabarecie z Warszawy, który dał totalną plamę. Podczas ich występu widownia nikła w oczach - kontynuuje Skucha. - My postawiliśmy na kompletną improwizację. Rozwaliliśmy bariery pomiędzy widownią a sceną. Wyrzuciliśmy nagłośnienie, zeszliśmy ze sceny i graliśmy między widzami. Zaczęliśmy występować dla garstki osób, ale z minuty na minutę widownia zaczęła gęstnieć. Poczuliśmy taką więź z publicznością, że to był jeden z naszych najlepszych występów w historii. Efekt był taki, że dostaliśmy wszystkie nagrody, jakie były do zgarnięcia na tym festiwalu, czyli Grand Prix całego przeglądu, nagrodę dziennikarzy, publiczności, nagrodę off jury - wszystko.
Po tym wydarzeniu posypały się zaproszenia z całej Polski. Skucha znowu musiał iść do dziekana i wziąć dziekankę.
- To był kluczowy miesiąc w moim życiu i w życiu kabaretu “Długi” - podkreśla Łapot. - Gdyby wtedy nam się nie udało, nie wiem, czy dziś nie uczyłbym polskiego. Ale “zażarło” i pojawiły się zaproszenia na kolejne przeglądy.
Stan wojenny kończy długie studiowanie
Skucha studiował 10 lat, Łapot 8. To, że ukończyli studia zawdzięczają… stanowi wojennemu. Związane z sytuacją polityczną i społeczną zawieszenie występów dało im czas na przygotowanie i obronę dyplomów.
- Miałem, w ramach pracy dyplomowej, zaprojektować rozbudowę ośrodka telewizji w Katowicach. Opowiedziałem promotorowi jaki mam pomysł, zatwierdził go i polecił zebranie materiałów wyjściowych. To wymagało czasu, łażenia po biurach projektowych, inwentaryzacji, kopiowania map geodezyjnych, itd., a my cały czas byliśmy w trasie. Graliśmy po 200 spektakli w roku - wylicza Skucha. - W roku 1981, kiedy wszystko się zawaliło, mnie rozwiązały się ręce. Poszedłem do dziekana z dobrą wymówką - ośrodki telewizyjne i radiowe stały się wtedy obiektami wojskowymi, więc musiałem oddać wszystkie materiały: mapy, plany, schematy instalacji, itd. Dziekan dał mi kolejny rok i zaproponował zmianę tematu. Projektowałem halę widowiskowo-sportową na bielskich Błoniach. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że w przyszłości zamieszkam w Bielsku-Białej - mówi ze śmiechem. - Pierwsze imprezy pojawiły się jednak już jesienią 1982 roku. Ostatecznie dyplom obroniłem w 1985 roku. I dostałem 5.
Długi w Trójce
Zanim jednak twórcy kabaretu “Długi” mogli pełnoprawnie używać tytułu magistra, zainteresowali się nimi ludzie z ZPR-ów i Estrad.
W latach 60 - 70 w każdym klubie studenckim był jakiś kabaret, teatr, śpiewano szanty, poezję, piosenki rajdowe, grano jazz i bluesa, a tu nagle w latach 80. wszyscy chcieli grać punk rocka - mówi Skucha. - Mieli swoją wierną publiczność, ale w wąskim przedziale wiekowym. Nie dało się tego zaproponować szerszej widowni. Zrobili zatem w Krakowie Turniej Młodych Talentów we wszystkich kategoriach. Wygraliśmy go - otrzymaliśmy nagrodę specjalną całego turnieju.
W jury zasiadał wtedy Andrzej Zakrzewski, dyrektor redakcji Rozrywki w Trójce. Jedną z nagród dla zespołu kabaretowego było nagranie i wyemitowanie autorskiej audycji na antenie tego radia. Zakrzewskiemu tak podobało się to, co robi Skucha i Łapot, że zaproponował im aż 45-minutową audycję.
- Długo się nad nią zastanawialiśmy, bo to były czasy bojkotu radia i telewizji - wyjaśnia Skucha. – Ostatecznie prawie rok później, przy okazji pięciolecia kabaretu “Długi”, do zrobienia tej audycji przekonał nas Jacek Fedorowicz. Argumentował, że skuteczny protest jest wtedy, gdy pracuje się przez lata w radiu i nagle wycofuje się z anteny. Bo taka nieobecność jest widoczna. Pytał, kto zauważy protest w naszym wydaniu, skoro nigdy nas w radiu nie było?
Zrobili zatem tę audycję. Nazywała się “To się nadaje”, co - oczywiście - również było nazwą dwuznaczną, nawiązującą m.in. do cenzury. Nie zrobili tej audycji sami. Zaprosili do niej wielu utalentowanych ludzi, zwłaszcza takich, którzy mieszkali poza Warszawą i których dotąd nie było w radio, w tym Krzysztofa Daukszewicza, Kaczki z Nowej Paczki, kabaret Kapota z Łodzi, ze Szczecina Henryka Sawkę, z Poznania kabaret Pod Spodem, z Olsztyna Czerwony Tulipan, z Bielska-Białej Juliusza Wątrobę, a z Wrocławia Jana Węglowskiego. W pierwszych swoich latach na antenie często dawali szansę aktorom będącym świeżo po studiach - Zbigniewowi Zamachowskiemu, Wojciechowi Malajkatowi czy Barbarze Dziekan.
- Realizowaliśmy m. in. programy “Co jest grane” i “Móżdżek po polsku” a potem “Parafonię” - wspomina Łapot. - Tak to trwało do 2004 roku. Wskoczyliśmy do Trójki w 1984 roku i byliśmy w niej przez następne 20 lat. Zrobiliśmy równo 500 audycji.
Pokoleniowa czystka
Czyszczenie Trójki odbyło się w zacnym towarzystwie, bo oprócz “Parafonii” z anteny spadły również programy “Studio 202” Elity z Wrocławia i “Korek” Stefana Friedmana. Ostał się jedynie najmłodszy z satyryków - Artur Andrus. Programów pozbyto się starą komunistyczną metodą, która miała udowadniać artystom, że nikt ich nie ogląda i nie słucha. W 2001 roku do radia przyszedł Eugeniusz Smolar, który wcześniej pracował w BBC. Na każdym zarządzie Polskiego Radia upowszechniał swoją teorię, że - zgodnie z jego wiedzą nabytą w Londynie - radio powinno być formą towarzyszącą - ma towarzyszyć słuchaczowi w pracy, w aucie, w pociągu. Na jego program ma się zatem składać muzyka i krótkie serwisy a nie godzinne audycje.
- Ówczesny szef radia, Piotr Kaczkowski, po każdej naszej audycji i po audycji Elity dzwonił do nas i pytał, co to za głupoty mówimy i udowadniał, że to się nikomu nie podoba - kontynuuje Łapot. - Pytaliśmy, co się nie podoba. A trzeba przy tym powiedzieć, że nagrywaliśmy te audycje poza radiem, za własne pieniądze. Owszem, radio za nie płaciło, ale robiliśmy to zdecydowanie bardziej dla trzymania fasonu, niż dla pieniędzy. A Smolar cały czas na zarządach twierdził, że trzeba te audycje satyryczne wypieprzyć. Tak było również za kolejnego prezesa, sprzyjającego nam Michała Olszańskiego. Był człowiekiem z Trójki - nie chciał nikogo wywalać. Pokazał mi pewnego dnia wykresy słuchalności. O 6.00 była prawie zerowa słuchalność, o 7.00 rano - 5000, między 9.00 a 10.00 gdy leciała Zagadkowa Niedziela, program dla dzieci - przed odbiornikami siedziało ok. 50 000 słuchaczy, a potem o godzinie 10.00, podczas naszej audycji słupki skakały do 700 000 słuchaczy. Po naszej audycji słuchalność znowu spadała. Zastanawialiśmy się zatem, o co w tym wszystkim chodzi?
W 2001 roku do radia przyszedł Witold Laskowski i w trakcie kolejnych trzech lat “pozamiatał” całą rozrywkę.
- W 2004 roku zbliżała się nasza 500 audycja i 20 rocznica naszej pracy w Trójce. Jubileuszowy program nadawany był na żywo. Wystąpili goście z innych trójkowych audycji: Artur Andrus, Stefan Friedmann, Marcin Wolski, Andrzej Fedorowicz i nasi stali współpracownicy: Danuta Stenka, Krzysztof Daukszewicz, Marek Ławrynowicz, Czerwony Tulipan, Krzysztof Kowalewski, Heniu Sawka, Kaczki Z Nowej Paczki - twórcy, którzy przez lata z nami robili tę audycję. To było w czerwcu. W jesiennej ramówce już nas nie było - mówi Łapot.
Za długa droga Katowice - Bielsko
- Trochę nam para zeszła, jak nas z tej Trójki sczyścili - ciągnie Łapot. - Próbowaliśmy jeszcze powalczyć. Wolski był już wtedy dyrektorem Jedynki. Poszedł do niego Skucha. Ja czekałem na Malczewskiego, jedząc pączki. Wiedziałem już wszystko, gdy schodził. Miał minę, jakby go do wojska wzięli. Zaproponowaliśmy nagrywanie cotygodniowe skeczy do Czterech Pór Roku w Jedynce. Usłyszeliśmy odmowę. Wolski stwierdził, że powinniśmy zrozumieć, że musi coś dać Jankowi Pietrzakowi…
Tego samego roku Łapot i Skucha zaproponowali współpracę Mirosławowi Neinertowi z Teatru Korez w Katowicach.
- Teatr Korez zaczął karierę spektaklem “Scenariusz dla 3 aktorów” B. Schaeffera, a potem wystawił spektakl “Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” - mówi Skucha. - To był hit wszech czasów, który wywindował popularność tej sceny. Do dziś przez wielu Teatr Korez uważany jest za jeden z najlepszych, a przeze mnie za najlepszy teatr na Śląsku. Skorzystaliśmy z tego i my. Frekwencja na naszych comiesięcznych wieczorach kabaretowych dopisywała, opinie były świetne, bo do występów zapraszaliśmy najlepszych aktorów, satyryków, kabareciarzy.
I tak “Długi” na długo zadomowił się w Korezie.
- W 2006 roku założyłem scenę kabaretową w Teatrze Polskim w Bielsku, gdzie już wtedy mieszkałem. Przez kilka lat co miesiąc przygotowywaliśmy sporo nowego materiału, ale potem zaczęła działać rutyna - Skucha rozpoczyna opowieść o tym, jak doszło do zawieszenia działalności kabaretu. - Podzieliliśmy się - Jacek przygotowywał scenę w Korezie, ja w Bielsku. Oczywiście, mieliśmy swój program, coś w nim zmienialiśmy, ale mnie się marzył zupełnie nowy. Jacek miał wtedy większe od moich potrzeby finansowe, a ja chciałem zrobić to, co mnie bardziej rajcuje. Nie lubiłem występów plenerowych przy okazji takich wydarzeń, jak dożynki, gdzie ludzie chcą się napić i spuentować wieczór kapelą disco polo. Te występy dawały niezłe pieniądze, ale to nie była nasza publiczność. Bardzo się męczyłem. Jacek dogadał się z aktorami z telewizyjnego Rancza i zrobił z nimi kabaret “KaŁaMaSz”, który doskonale odpowiadał na to zapotrzebowanie. Nie był zainteresowany pracą nad nowym programem „Długów” .Zaczęło to się rozłazić. Miałem mnóstwo pomysłów. Napisałem dwa scenariusze filmowe, dwa spektakle dla innych - nosiło mnie. Tymczasem “KaŁaMaSz” świetnie sobie radził. Podjęliśmy zatem decyzję o zawieszeniu działalności Kabaretu „Długi”. Współpraca Jacka z Korezem trwa nadal, choć nieco się rozluźniła. Kabaretowe Sceny Trójki odbywają się dwa razy do roku, ale za to w sierpniu, w ramach LOT - Letniego Ogrodu Teatralnego udało się zorganizować Benefis Jacka Łapota z okazji 40-lecia pracy artystycznej. Ja z kolei prowadzę bielską Scenę Kabaretową do dzisiaj.
- Występowaliśmy coraz mniej również na estradzie, do tego Skucha był ciągle zajęty - tłumaczy z kolei Łapot. - Ja musiałem występować, bo potrzebowałem pieniędzy, a poza tym - ja naprawdę bardzo lubię pracę na scenie. Choć przyznam, że nie zawsze marzyłem o tym, żeby występować dla rolników na wschodzie Polski, co robię teraz. Nie marzyłem, ale szanuję to i doceniam. Pracować trzeba, bo trzeba płacić rachunki, a także dla satysfakcji. Skucha nie miał tej satysfakcji już od kilku lat. Nie nadążał z terminami. W tym czasie dostał też propozycję napisania scenariusza do kinowej wersji „Bolka i Lolka w kosmosie”, który w końcu nie powstał.
Ostatecznie kabaret “Długi” zawieszony został w 2013 roku, po występie w reaktywowanym na chwilę chorzowskim klubie Kocynder.
Rok po zawieszeniu Piotr Skucha zaczął pracę z młodymi ludźmi i w 2014 roku założył z nimi kabaret TON, który ma na koncie już dwa premierowe programy. Prowadzi również Bielską Scenę Piosenki Niebanalnej i ScenęStand-up. Jacek Łapot wciąż dużo pisze, m.in. dla internetowego Selfie Band. Pracuje również nad książką.

Długie powody do śmiechu
- Z czego się śmialiśmy? - jak echo powtarza moje pytanie Łapot. - Do stanu wojennego śmialiśmy się z tego, z czego mogliśmy się śmiać wprost, ale staraliśmy się używać jak najwięcej słów kluczy. Jak ekipa Gierka odeszła i rozpoczął się stan wojenny, to powstało takie słynne zdanie: Za nami tłuste lata 70. i teraz za karę będzie 70 lat chudych. Oczywiście, nie można się było śmiać wprost z wojska, sojuszy czy generała, ale już na przykład żartować można było z systemu. To też słowo wieloznaczne. Mieliśmy np. numer z kostką Rubika. Ona była w całości ułożona, następnie Skucha ją rozkładał, a ja mu mówiłem: myślisz, że mnie zagniesz? Przecież ja znam system i powiem na czym ten system polega. Ile razy było użyte słowo system, ludzie nadstawiali ucha. A ja rzeczywiście potrafiłem tę kostkę 6 ruchami ułożyć. Przełomowym momentem był 1989 rok. Po Okrągłym Stole ludzie przestali przychodzić na kabaret. Jak Polak chciał mieć styczność z ostrym satyrycznym słowem, to sobie kupował gazetę Urbana.
- Staraliśmy się od samego początku (i na tym też wygrywaliśmy) robić program, który jest wielowarstwowy - mówi z kolei Skucha. - Budowaliśmy żarty tak, żeby były zabawne w sposób dosłowny, związany np. z obyczajowością, ale żeby też w podtekście pasowały do rzeczywistości, w której się znajdowaliśmy. Dziś śmieszy mnie to samo, co śmieszyło wtedy - ludzkie słabości. One wciąż są zabawne i to się nie zmienia.
- Ludzie wciąż śmieją się z podobnych rzeczy, tylko wybierają sobie inny obiekt żartu - dodaje Łapot. - Przed wojną śmiali się z typowego głupka, który stawia na noc przy łóżku dwie szklanki, jedną pełną drugą pustą, bo nie wie, czy w nocy będzie mu się chciało pić. Potem ten sam dowcip krążył o Ruskich, o milicjantach, a w końcu, obecnie, o blondynce. To dowód, że śmieszą nas wciąż te same rzeczy.
Artykuł ukazał się drukiem w Magazynie Prestiż Metropolii.

Komentarze
Zostaw komentarz