REKLAMA

AKTUALNOŚCIMiastoPowiatSportRozrywkaNaukaTurystykaNa SygnaleKącik PrasowyKulturaPrzetargi i komunikatyWybory

Jak nie drzeć kotów z kotem? - rozmowa z Małgorzatą Biegańską-Hendryk

Kącik Prasowy

Utarło się powiedzenie, że psy mają swoich właścicieli, a koty obsługę. I coś w tym jest, niezależność wszak jest niemal legendarną kocią cechą. Nie bylibyśmy jednak ludźmi (gatunkiem panów, zwycięzców i szefów), gdybyśmy nie próbowali nagiąć dzikiej natury tych zwierząt do swoich potrzeb i wygód. O tym, czy koty powinny chodzić na smyczy i załatwiać potrzeby w ludzkich toaletach, a także o tym, dlaczego ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy (i czy zawsze) rozmawiamy z kocią behawiorystką, Małgorzatą Biegańską-Hendryk, gliwiczanką, autorką książki "Co jest kocie".

Pani Małgosiu, zdemaskuję się tu, przed panią. Jestem zadeklarowaną psiarą…

Śmiech. Jako dziecko również byłam psiarą. Z psami dogadywałam się doskonale, a one mnie uwielbiały.  Wtedy koty były zupełnie dla mnie niepojęte i nie wiedziałam, o co im chodzi. Teraz, po latach pracy z kotami, mam dokładnie ten sam problem z psami. Pies do mnie podbiega, szczeka, macha ogonem i ja nie potrafię rozpoznać, czy on się cieszy, czy on mnie straszy, czy się boi. Zupełnie straciłam umiejętność czytania psiego języka. Rozumiem za to koty.

Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego jedni z nas wybierają koty, a inni psy.

Wydaje mi się, że ten podział na psiarzy i kociarzy wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze – z umiejętności komunikowania się. Każdy z tych gatunków ma swój język i w odmienny sposób przekazuje informacje. To, co u kota może być traktowane jako przyjacielskie, u psa zupełnie nie będzie miało takiej funkcji, i odwrotnie. Przykład: kot machający ogonem to nie jest kot, który się cieszy.

Druga rzecz to charakterystyka tych zwierząt pod względem potrzeb i tego, czego my od nich oczekujemy. Pies jest znacznie bardziej interaktywny, przez co więcej rzeczy możemy robić razem z nim. Na przykład sport – z kotem trudno jest go uprawiać, choć może nam w nim towarzyszyć.  Poznałam takie, które pływają na jachtach.

Koty to są zwierzęta, którym zawsze trzeba zostawić margines możliwości zadecydowania o tym, co robią. Psy uwielbiam całym sercem, ale nie przekonuje mnie to, że one naprawdę większość rzeczy zrobią za jedzenie. Z kotem trzeba się znacznie bardziej postarać i mi to odpowiada. Bo wiem, że to ja muszę wejść na poziom tego kota, żebyśmy się dogadali. Nie wystarczy kawałek szynki, żeby mnie pokochał.

Nie bez znaczenia jest również czas, jaki musimy poświęcić zwierzętom. Psy oczekują go zdecydowanie więcej.  Oczywiście kot też wymaga wchodzenia w bezpośredni kontakt z opiekunem, ale w tym przypadku relacja ta jest dopasowana do indywidualnych potrzeb każdego zwierzęcia.

Zdarza się, że właściciele kotów chcą nadać swoim zwierzętom psie cechy, na przykład wyprowadzając je na smyczy na dwór. Czy to właściwe?

Nie mam nic przeciwko, jeśli taka jest decyzja kota. Jeden będzie to lubił, drugi nigdy się do tego nie przyzwyczai. Jeśli chcemy wychodzić z kotem na smyczy, musimy sprawdzić, czy on to akceptuje. Należy również pamiętać, że  tam pojawiają się cała gama dźwięków, zapachów, ruch i hałas – to może być dla kota za dużo. Jeśli zastyga w miejscu jak sparaliżowany, albo szuka najbliższej kryjówki, jeśli jest przerażony i próbuje uciekać do domu, wtedy przymuszanie go do chodzenia na smyczy nie ma najmniejszego sensu. Bo my nie mamy kota dla siebie, żeby nam było przzyjemnie. My się opiekujemy zwierzęciem w sposób, w który jemu ma być dobrze.

Zatem, jeśli kot to lubi, możemy chodzić z nim na spacery?

Tak, choć to też może być dla nas pułapką. Kot nie rozumie, że jest styczeń, a słupki rtęci wskazują minus 17 stopni. On pamięta, że na dworze było mu fajnie i będzie się domagał, żeby z nim wyjść.  Są koty, które wymuszają wychodzenie na dwór, gdy tylko opiekun wróci do domu. Albo o 4 rano. Bo już raz pokazaliśmy, że może, a jemu zaczęło się to podobać.

A nie jest dla kota cierpieniem, jeśli jest niewychodzący i spędza całe życie w mieszkaniu?

Jeśli ktoś nigdy nie był w Himalajach, to nigdy nie będzie za nimi tęsknił. Jeżeli jesteśmy w stanie zapewnić zwierzęciu realizację wszystkich jego potrzeb w warunkach domowych, to jest to dla niego najbezpieczniejsze rozwiązanie. Gdy trzymamy zwierzaka w środowisku stabilnym, eliminujemy w ten sposób ogromną liczbę zagrożeń. Pamiętajmy jednak, że on w domu nie będzie funkcjonował sam sobie.  Musimy włożyć pracę w urozmaicenie jego środowiska tak, aby miał co eksplorować, żeby miał nowe bodźce i możliwość zabawy. Konieczne jest zapewnienie mu tzw. łańcucha łowieckiego,  czyli możliwości kanalizowania jego naturalnych zachowań drapieżniczych.  I tutaj rolą opiekuna jest budowanie takiej sytuacji, żeby wszystko odbywało się w granicach wzajemnej akceptacji.

Nastały czasy, w których nasze domowe zwierzęta są członkami rodziny, traktowanymi na równi ze wszystkimi domownikami. Zabieramy je wszędzie, jeżdżą z nami, chcemy, żeby miały prawo wchodzić z nami do lokalu…

… nie wchodzę do lokali, w których jest zakaz wprowadzania psów. Uważam za uwłaczające to, że ja mogę wejść, a pies, z którym jestem nie może. Więc ja tam nie wchodzę, mimo że psa nie mam.

A jednak jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy nie lubią zwierząt i nie chcą przebywać, tudzież jadać w ich towarzystwie. Nie zmienia to faktu, że rozczula mnie nawet miska z wodą pozostawiona przed lokalem dla psa lub kota. Zastanawiam się jednak, czy nadmierne uczłowieczanie zwierząt jest dla nich dobre. Mam na myśli np. ubieranie ich, kupowanie wózków, w których mogłyby jeździć itp.

Proszę sobie wyobrazić, że władze Indii oficjalnie nadały delfinom status „non human person” czyli osób poza ludzkich. Pojawił się rzeczywiście nurt zwracający uwagę na to, że zwierzę to też osoba, choć nie jest człowiekiem. I bardzo dobrze, bo czasy, w których traktowano zwierzę jako żyjące narzędzie – w moim odczuciu – nigdy nie powinny zaistnieć, ale miały miejsce. Zwierzę powinno mieć prawo do spokoju, odpoczynku czy też własnego zdania, a także prawo do opieki medycznej. Natomiast jestem ogromną przeciwniczką sztucznego uczłowieczania zwierząt, w taki sposób, który jest dla nich szkodliwy czy niezdrowy. Strasznie mnie drażni ubieranie ich, jeśli nie jest to wskazane rasowo lub medycznie. Zakłądanie kotom kokardek po to, żeby wyglądały ślicznie powinno być karane mandatem i to srogim. Chyba najbzdurniejszą rzeczą, jaką widziałam, były nakładki kolorowe na pazurki, czy też zawieszka, którą należało założyć kotu na ogon, by zasłaniała mu odbyt.  Ludzie! Puknijmy się w głowę! To jest zwierzę i ono ma prawo do swoich zachowań fizjologicznych.

Drażni mnie również próba wyuczania kotów zachowań, które nie są dla nich naturalne. Takim przykładem jest zmuszanie ich do korzystania z ludzkiej toalety. Są koty, które to robią z własnej woli – wtedy jest ok. Jeśli jednak sztucznie pozbawiamy zwierzę elementu środowiskowego, jakim jest kuweta, to jest to dla niego szkodliwe.

Z realizacją ich i naszych potrzeb musimy się spotkać w połowie. Jeśli ktoś nie potrafi tego zrozumieć, nie powinien się decydować na obecność zwierzęcia w domu. Nie każdy powinien mieć kota czy psa.

Cenne rady Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk znaleźć można na blogu kocibehawioryzm.pl.

Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak

Wywiad ukazał się drukiem w Magazynie Prestiż

 

Admin Admin

Udostępnij:


Komentarze

Brak komentarzy...

Zostaw komentarz


POLECANE FIRMY

REKLAMA

AKTUALNOŚCI

Głosowanie

Zobacz wyniki

REKLAMA

KALENDARZ WYDARZEŃ

17
Środa
Październik 2018
Październik
Po Wt Śr Cz Pt So Nd
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
1234
imieniny:
Antonii, Ignacego, Wiktora

REKLAMA