REKLAMA

AKTUALNOŚCIMiastoPowiatSportRozrywkaNaukaTurystykaNa SygnaleKącik PrasowyKulturaPrzetargi i komunikatyWybory

To będzie rockandrollowy sezon!

Kultura

Najmrodzki, bohaterowie jak z „Gwiezdnych Wojen”… Z Łukaszem Czujem, zastępcą Dyrektora ds. artystycznych Teatru Miejskiego podsumowujemy ubiegły sezon i rozmawiamy o tym, co czeka nas w kolejnym.

W czerwcu zakończył drugi sezon działalności Teatru Miejskiego w Gliwicach. Jak możemy go podsumować?

Ten sezon jest specyficzny, ponieważ oceniając go trzeba brać pod uwagę nie rok, a półtora. Za punkt wyjściowy dla tej oceny przyjmuję moment, w którym rozpoczęliśmy pracę programową, a stało się to 22 stycznia 2017 r, kiedy odbyła się premiera „Domu Spokojnej Młodości”. To jest okres ciągu pewnych propozycji artystycznych, które składają się w jedną całość. Mamy za sobą 16 premier, zbudowaliśmy bogaty program adresowany do publiczności zarówno dorosłej, jak i dziecięcej. Ten podział na repertuar dorosły i dziecięcy jest bardzo ważny, bo wiąże się z realizacją naszej podstawowej misji jako teatru miejskiego, czyli teatru, który zwrócony jest w stronę miasta i jego mieszkańców, który odpowiada na potrzeby różnorodnej publiczności.

Spektakle, które w tym czasie przygotowaliśmy dla dorosłych, bazują na tekstach klasycznych. Taki był mój pomysł na początek działalności naszego Teatru - chciałem zaprezentować publiczności kilka tytułów, które zapoznają widzów z teatrem dramatycznym.

Sądzę, że to było dość trudne zadanie, zważywszy na fakt, że publiczność w naszym mieście była bardzo zaprzyjaźniona z dawnym teatrem muzycznym...

To prawda. Repertuarowy teatr dramatyczny, grający na stałe, z własnymi spektaklami i zespołem jest w Gliwicach nowością, jednak muzyka pojawia się nadal w wielu naszych przedstawieniach, choć oczywiście w nieco innej formie niż za czasów Gliwickiego Teatru Muzycznego. W naszym repertuarze pojawiają się tytuły, które stanowią ciekawą propozycję także dla bywalców dawnego teatru. Myślę, tutaj o „Damach i Huzarach” Fredry czy „Romeo i Julii” Szekspira. Tę widownię mógł zaciekawić również inny spektakl, który graliśmy krótko, ale wróci w następnym sezonie. To jest kooperacja z warszawską Imką, spektakl „Wszechogarniająco” z Marią Pakulnis i Ewą Dałkowską. W tym projekcie można się spotkać z dobrymi warszawskimi aktorkami, w bardzo prawdziwej i ludzkiej opowieści o teatrze, przemijaniu, przyjaźni.

Budowanie teatru dramatycznego – o czym wszyscy wiemy z wielu przykładów w Polsce – to proces długotrwały. Startowaliśmy od zera, szukając własnej drogi, zarówno w Gliwicach jak i na Śląsku, ale także  – w kontekście szerszym – na mapie teatralnej Polski. Ten pierwszy okres zamknęliśmy premierą „Romea i Julii” Szekspira.

Mamy w tej chwili w repertuarze utwory bazujące na tekstach, które są klasyką współczesną, jak „Psie serce” Bułhakowa, „Tramwaj zwany pożądaniem” Tennessee Williamsa, jak „Lekcja tańca w Zakładzie Weselno-Pogrzebowym Pana Bamby”, oparta na tekstach Hrabala i Haška, ale mamy też spektakle, które opierają się na tekstach nieco dawniejszych, jak wspomniany wcześniej dramat Szekspira „Romeo i Julia”, ale też „Damy i Huzary”, czy we współczesny sposób zremiksowane „Ich czworo. Reality show” Zapolskiej i w końcu „Nora” Ibsena zrealizowana w najbardziej klasycznej formie.

Ten repertuar jest dość różnorodny i jednocześnie - co było dla mnie niesłychanie ważne - te 16 przygotowanych przez nas premier oparte jest na rozbudowanym zespole aktorskim.

Ilu aktorów liczy obecnie stały zespół?

Nie jest zbyt duży. Jest to, w tej chwili, 11 osób, natomiast oprócz tego zaprosiliśmy do współpracy bardzo liczne grono absolwentów szkół krakowskich, łódzkiej, warszawskiej i białostockiej oraz doświadczonych aktorów z teatrów z Katowic, Wrocławia i Opola. Pół żartem, pół serio można więc powiedzieć, że jesteśmy największym zakładem pracy dla młodych absolwentów polskich szkół teatralnych. Na naszych scenach występuje ponad 50 aktorów i aktorek. Część z nich pojawia się w jednym przedstawieniu, ale większość zostaje z nami na dłużej.

 Co Pan uważa za największy sukces tego półtorarocznego sezonu?

Najważniejsze jest to, że udało nam się nawiązać porozumienie z publicznością. Ludzie kupują bilety i chcą przychodzić na nasze spektakle. To jest rzecz niesłychanie ważna, bo teatr żyje, kiedy ma kontakt z widzem i kiedy ten widz chce oglądać spektakle, chce o nich rozmawiać. Wśród naszych widzów są już tacy, którzy odwiedzają nas regularnie, oglądają wszystkie premiery i dyskutują o nich. Dzięki temu uruchamia się tzw. marketing szeptany, co widoczne było np. w związku ze spektaklem „Tramwaj zwany pożądaniem”, który spotkał się z bardzo pozytywnymi reakcjami, a dobra fama o nim poszła w Polskę. W efekcie przyjeżdżają ludzie z dalszych zakątków kraju, żeby obejrzeć to przedstawienie, a przede wszystkim, żeby zobaczyć świetną Mirosławę Żak w roli Blanche DuBois. Dodam, że Mirka właśnie dołączyła do naszego stałego zespołu aktorskiego.

A jak podsumowałby Pan sezon biorąc pod uwagę rachunek ekonomiczny?

Teatr jest w dobrej kondycji finansowej. Mamy zrównoważony budżet, a wpływy z biletów pokrywają bieżące koszty realizacji spektakli. Jednocześnie trzeba podkreślić, że w ciągu niespełna dwóch lat wykonaliśmy potężną ilość inwestycji, które w sposób radykalny zmieniły infrastrukturę całego teatru. Pamiętajmy, że 2 lata temu funkcjonowała w tym budynku jedna scena i to, powiedzmy sobie szczerze, dość słabo wyposażona w sprzęt akustyczny i oświetleniowy. W tej chwili mamy 3 sceny: Dużą, Małą i Mikro, przeznaczoną głównie dla repertuaru edukacyjno-dziecięcego. Są one dobrze wyposażone technicznie. Do tego Duża Scena została znacząco przebudowana - jest całkowicie nowy sprzęt nagłośnieniowy, dużo nowego sprzętu oświetleniowego i zestaw 5 ruchomych mostów oświetleniowych. Odnowiona została również duża część zaplecza technicznego, garderoby, itd. Część foyer została zmodernizowana, a kropką nad i jest świecący neon na Teatrze.

Odliczając wakacje, przygotowujemy średnio jedną premierę miesięcznie. Wiąże się to z ogromnym wysiłkiem produkcyjnym. Co jest niezwykle istotne, staram się z dyrektorem Grzegorzem Krawczykiem ten nasz teatr prowadzić tak, żeby nie rozbudowywać go etatowo, właśnie po to, by trzymać w pewnych ryzach dyscyplinę finansową. Porównawczo – niektóre teatry, nawet tu, w regionie mają dwukrotnie większą ilość zatrudnionych, a realizują bardzo podobną, albo mniejszą ilość spektakli. Jesteśmy dość efektywni pod tym względem.

Porozmawiajmy o tym, co czeka nas w nowym sezonie. Mnie szczególnie intryguje spektakl o Zdzisławie Najmrodzkim...

Gdy rozpoczynaliśmy budowanie repertuaru, wymarzyliśmy sobie spektakl oparty na historii, zakorzenionej w Gliwicach, będący opowieścią o tym mieście, a jednocześnie materiałem na bardzo atrakcyjne widowisko teatralne. Oczywiście z Gliwicami jest związanych wiele znanych postaci, jak Tadeusz Różewicz, czy Adam Zagajewski, którzy mieszkali w tym mieście. Paradoksalnie jednak osobą, której nazwisko jest rozpoznawalne w Polsce, kojarzone z miastem a do tego budzi duże emocje, jest Zdzisław Najmrodzki, mistrz ucieczek z więzień. To specyficzny typ złodzieja z czasów końcówki PRL, specjalizującego się we włamaniach do Pewexów i kradzieżach polonezów. Najmrodzki był postacią niezwykle barwną. Nie tylko łotrzykiem, ale też poetą - pisał wiersze. Jednocześnie w jego życiorysie przeplatają się historie związane z miastem, bowiem on do niego wielokrotnie wracał. Wracał zarówno do aresztu na ul. Wieczorka, jak i do swojej matki.

Historia Najmrodzkiego jest też opowieścią o bardzo burzliwych czasach przełomu lat 70. i 80. Jego losy splatają się w dziwny sposób z historią Polski - kariera złodziejska rozwija się w momencie, w którym powstała pierwsza Solidarność, poprzez wybuch stanu wojennego, aż wreszcie ma swój finał w okresie niepodległości, kiedy Najmrodzkiego ostatecznie ułaskawia prezydent Wałęsa. Zatem te wątki łączące historię z „balladą o dobrym złodzieju”, z opowieścią o mieście i Polsce są niezwykle frapujące. Do współpracy przy tym spektaklu zaprosiłem Michała Siegoczyńskiego, reżysera który specjalizuje się w opowieściach biograficznych, nie bojącego się sięgać po środki wyrazu czerpiące z popkultury. Michał realizował niedawno w Teatrze Polskim w Bydgoszczy spektakl o Zdzisławie Beksińskim. Ma też na swoim koncie intrygującą biografię Elvisa Presleya. W tej chwili jest na etapie zbierania dokumentacji i budowania scenariusza. Premiera spektaklu odbędzie się jeszcze w tym roku.

6 września odbędzie się premiera spektaklu „Miłość w Leningradzie. Czego widzowie mogą się spodziwać?

 „Miłość w Leningradzie” to spektakl w mojej reżyserii, będący kontynuacją historii, którą opowiedziałem 9 lat temu we Wrocławiu, w Teatrze Piosenki Centrum Sztuki Impart. Tamten spektakl nazywał się „Leningrad” i był oparty na piosenkach rosyjskiej grupy o tej właśnie nazwie. Leningrad to zespół, który w Rosji cieszy się niesłychaną popularnością. Gra utwory łączące brzmienie muzyki ska, rocka i punka. Lider zespołu, Siergiej Sznurow, to trochę taki nasz Kazik Staszewski - poeta, bard, buntownik i autor wielu piosenek, które w Rosji stały się przebojami. 9 lat temu opowiadaliśmy kameralną historię o pewnej alkoholowej libacji w leningradzkim mieszkaniu, która zamieniała się w bardzo buntowniczą imprezę punkową. Spektakl grany jest we Wrocławiu do dziś i cieszy się sławą widowiska kultowego.

Do gliwickiego spektaklu zaprosiłem dwóch głównych wykonawców z tamtego projektu, czyli Mariusza Kiljana, aktora Teatru Polskiego we Wrocławiu i Tomasza Marsa. Towarzyszyć im będzie grono fantastycznych, śpiewających aktorów z naszego teatru. Tym razem snuć będziemy opowieść zbudowaną na trochę nowszym repertuarze Leningradu. Zobaczymy w nim szaloną podróż przez współczesną Rosję, której realia wcale nie są zbyt odległe od naszej polskiej rzeczywistości. W pewnym leningradzkim klubie, w trakcie nocnej imprezy, z grupą młodych ludzi, którzy wciągają ich w wir swojego świata, spotykają się spragnieni miłości, mężczyźni i kobiety po przejściach. Do czynnego udziału w muzycznej zabawie zaprosimy także widzów. Czeka ich muzyka na żywo, a nas - kolejne niezwykle duże przedsięwzięcie realizacyjne.

Ile premier zaplanowanych jest na ten rok?

Dużo (śmiech). Poza wspomnianymi spektaklami, na Dużej Scenie zobaczymy też historię według tekstu bardzo znanego współczesnego dramaturga Mateusza Pakuły, który pisze go specjalnie dla naszego teatru. Tę produkcję wyreżyseruje Wiktor Loga-Skarczewski. Będzie to opowieść o komiksowych bohaterach, którzy ratują świat, utrzymana w konwencji pastiszu „Gwiezdnych Wojen” i „Avengersów”. Znajdziemy w niej zatem po raz kolejny elementy popkulturowe, konsekwentnie wykorzystywane w spektaklach zaplanowanych na kolejny sezon, który ma mieć bardziej rockandrollowy charakter. Jednocześnie, co jest ważne, te wszystkie spektakle są oparte na nowych współczesnych czy to tłumaczeniach, jak wypadku „Leningradu”, czy też napisanych dla naszego teatru tekstach.

Dodam, że w nadchodzącym sezonie planujemy jeszcze kilka niespodzianek: będzie u nas reżyserował Piotr Ratajczak, chcemy też wystawić spektakl w Ruinach Teatru Victoria. W tej sprawie jestem umówiony z Jackiem Głombem, specjalistą od widowisk w nietypowych przestrzeniach. Myślimy o kronikach Szekspira, mocnym i widowiskowym teatrze, który będzie wykorzystywał całą tą specyfikę i charakter Ruin. Premierę tego przedsięwzięcia planujemy na 9 maja, czyli na Dzień Zwycięstwa.

Przyjemnie rozmawia się o tym, co było dobrego i co dobrego nas czeka. Tę rozmowę chciałabym jednak doprawić łyżką dziegciu. Panie dyrektorze, co w ubiegłym sezonie się nie udało? Co można było zrobić lepiej?

O, to jest pytanie do publiczności (śmiech). Przyjęliśmy pewien plan dla tego teatru i staramy się go realizować. Jednym z problemów, przed którym stanęliśmy, jest rozbudowa zespołu artystycznego. Jesteśmy bardzo młodym teatrem, w którym pracuje dużo młodych ludzi. To w gruncie rzeczy wielki jego walor, bo wnoszą energię i witalność. Zazwyczaj jednak zespoły zbudowane są z ludzi w różnym wieku. Nam, nie ma co ukrywać, brakuje seniorów i aktorów w średnim wieku. Wynika to z trudności życiowo-logistycznych. Aby na stałe zostać z nami trzeba zmienić swoje życie. Dla młodego człowieka jest to łatwiejsze, natomiast dla kogoś, kto posiada już rodzinę i zobowiązania, przeprowadzka jest kłopotliwa. Zapraszamy zatem aktorów z innych teatrów do przyjmowania ról w konkretnych projektach. To nastręcza jednak trudności w pracy nad spektaklem, ponieważ próby odbywają się często poza Gliwicami. W efekcie może powstawać spektakl w wielu miejscach pęknięty, który nie do końca spełnia nasze oczekiwania. Teatr i życie zaskakują...

  … jak to się zdarzyło w przypadku premiery „Wszechogarniająco” …

Przyznam szczerze, że premiera „Wszechogarniająco” była chyba najtrudniejszym w naszej półtorarocznej historii. Przymuszeni terminami i gonieni zobowiązaniami pozwoliliśmy sobie pokazać publiczności spektakl zagrany przez bardzo chorą aktorkę, do tego z uwagi na błędy reżysera pęknięty w wielu miejscach. Musiało minąć 1,5 miesiąca aby wrócić do prób, po których ten spektakl miał drugą, tym razem udaną premierę. Powróci do nas jesienią, już w tej dopracowanej formie.

Cóż, w naszej półtorarocznej historii wiele było momentów euforyczny, ale są i takie, które przyprawiają o zawał serca. Jedno jest pewne - tu nie można się nudzić.

Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak

Tekst ukazał się drukiem w Magazynie Prestiż

Foto: JeremiAstaszow / JerBaStudio - źródło: Teatr Gliwice

Admin Admin

Udostępnij:


Komentarze

Brak komentarzy...

Zostaw komentarz


POLECANE FIRMY

REKLAMA

AKTUALNOŚCI

Głosowanie

Zobacz wyniki

REKLAMA

KALENDARZ WYDARZEŃ

21
Środa
Listopad 2018
Listopad
Po Wt Śr Cz Pt So Nd
293031
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
12
imieniny:
Janusza, Marii, Reginy

REKLAMA